Strona główna
 

Tadeusz Szurek
Bazar Różyckiego

Na bazar Różyckiego wszyscy się zjeżdżają,
Na wschodzie i zachodzie ludzie go znają.
Tu wszystko można kupić, można nie,

Warszawska atmosfera, każdy o tym wie...
U bram bazaru pżczki sprzedają,
Lukrowe, słodziutkie. Nawet od Bliklego wysiadają.
Towar wyłożony na wózeczkach, lekko przykryty, aby nie widać było
I co nieco mniej się kurzyło.
Sprzedawczynie w prawie białych kitelkach
Zachęcają do kupna. Podają na papierkach.
Bo fason musi być.
W kulturze trzeba żyć!
Jak zaczniesz bracie od słodkości
To zakupy pójdą fajnie, proszęż gości.

Tuż obok kwiatuszki sprzedają.
Trzeba kupić, miłości pomagają.
A już na wiosnę w szczególności,
Kiedy wszystko chce żyć w wielkiej radości.

Są też pieski w torbie, takie wielorasowe,
Które biją wszystkie z rodowodami o głowę.
Zachwalane szczeniaczki za wilka się kupuje,
Gdy podrosną coś w nich szwankuje
I zamiast obrońcy okazałej wielkości,
Ma się jamnika wielkiej mierności.
No bo karmić pieska niebieska trzeba,
Nie urośnie jak się jeść nie da.

A kiedy szanowny kliencie przekroczysz Rubikon bramy,
Nie wierzysz oczom. Tłum ludzi, kolory, kramy.
Wszystko co dusza zapragnie. Za małe pieniądze,
Każda z dam w szczególności zaspokoi swe rządze.
To co w budkach i na rękach oko człowieka pieści,
Nie oprzesz się jak w bajce, jak w cudownej opowieści.
Sukienka jak z żurnala prosto z Paryża,
Do wyboru pod blond włosy, czarne, znajdzie sobie i ryża.
Spodnie, swetry, spódniczki, piżamy,
Przymierzać można na oczach ukochanego, lub mamy.
Rzut okiem w lusterko, na boku budki zawieszone.
W oczach zachwyt, koleś po targach wyciąga mamonę
I buli, buli wciąż,
Na smutno, jeśli jest to rodzony mąż.

 

Zachwytów nie ma końca,
Idą dalej. Budki giną w potokach słońca.
Tu znowu bluzeczki opylają, drogie jak cholera.
Mały wybór, nie dowieźli rodacy z Turcji. Trudno się wybiera.
Ale buciki by się przydały.
Och jest. Jaki piękny, jaki wspaniały.
Przecież nóżkę dama ma małą,
Ale to się tylko tak wydawało.
Każda by chciała mieć bucik bardzo mały,
Ale numery coś się nie zgadzały.
Kupić o dwa numerki większe było trzeba,
Ale mam małą nóżkę, wielkie nieba...
Nóżki przy zakupach się zmęczyły
I troszeczkę powiększyły.
Kupują, kupują,
Forsy nie żałują,
A to wszystko przez te słodkości,
Proszę szanownej publiki, proszęż gości.
Sprzedawczynie pączków hołubić trzeba,
Bo inaczej zwiększyć zysków się nie da.

Kiedy już kupujący pokrzepił ciało,
Pomyślał, że coś dla ducha kupić by się przydało.
Bukinista wyłożył książki w przyzwoitym wyborze
Z ciekawymi tytułami i w ładnym kolorze.
Leczenie ziołami, historie słowian, Mostowicza tragedie,
Romanse bogatych i tych co żyją biednie.
O seksie też są książki, ale o takiej treści,
Że młody by się uśmiał, bo wie lepiej jak dziewczynę pieścić.
Koran na honorowym miejscu stoi.
Bibli nie ma, a może sprzedawać razem nie przystoi.
Jak widać mahometan w Warszawie przybyło,
Koran idzie jak woda, ile by go nie było!
O hodowli kanarków można dowiedzieć się dużo
I o tym jak stara baba może stać się piękną różą!
Do wyboru, do koloru każdy sobie wybierze,
To co wydrukowano już dawno i teraz na cierpliwym papierze.

 

Ludzie kupują, chcą wiedzieć jak to w kosmosie,
Jak dawać lubczyk, jak kochać koleżankę Zosię,
Dobrze, że książki też tu się sprzedaje,
Bo człowiekowi nie tylko garnitur i kiecka w życiu się przydaje.

A dalej? - dalej Monte Karolo,
Tu ludzie wygrywają, ale częściej ich "ogolą".
"Na bękla" zapraszają. Kosz na śmieci,
tekturka, gazetka, rzucone trzy czarne kółeczka i - jakoś leci.
Kto odgadnie, które pod spodem na biało zaznaczone
Ten bierze forsę, a to kusi mężów, a nawet żonę.
Obstawiać, obstawiać kółeczka zamawiać.
Ludzie forsy nie żałują, obstawiają czasami wygrać
Można, bo ruch w interesie tego wymaga,
A jeszcze jak ktoś z kumpli pomaga.
Zachęca, rzuca parę patoli
I wygrywa. Aż serce boli.
Ten ma szczęści i ja spróbuje,
Może wygram myśli i szczęściasz, ale potem żałuje.
Wspaniała gra,
Jednemu zabierze, drugiemu da!
Siła złego na jednego,
Coś w tym jest diabelskiego...
Nagle, Edzio ktoś krzyczy, wszystko się rozwiewa,
Jak diabły na dźwięk pacierza.
Nic przecież nie było,
O bęklu się chyba śniło.
Panowie i panie z obojętnymi minami
Rozmawiają najspokojniej pod budkami...

Wtem słychać muzykę taką nową,
Nieco głośną, magnetofonową.
Ktoś, prawie w admiralskiej czapce złotem szamerowaną,
Reklamuje kasety z muzyką nagraną.
Przeboje, aż uszy puchną,
Nieszkodzi, że słuchacze trochę ogłuchną,
Ale przecież zmusza do słuchania,
Zrobienia zakupów i forsy wydania.
Ruchy sprzedawcy takie dostojne,
Jak admirała, toczącego na lądzie wojnę.
Zmusza wprost do zatrzymania,
Muzyka, postura i sposób sprzedawania.
Wielu słucha, ale wielu kupuje.
Świetna reklama i skutkuje.

Na głód narzekać nie można,
Choć nie ma kurczaków z rożna,
Toć przecież są ".yzy ..rące"
(nie trudno się domyślić,
że chodzi o pyzy gorące),
I flaki pieprzne, jakże smakujące.
Myślę, że i mleczko od wściekłej krowy,
Też by się znalazło, ale władza może dostać bólu głowy,
Lepiej nie ruszać zakazanego tematu,
W dobie walki z alkoholem naszego warszawskiego magistratu.
Zapachy jakieś dolatują, to ryby i śledzie,
Choć z daleka, ale do Warszawy wiele z nich jedzie.
Zakąseczka niewąska do poprzedniego tematu,
Tylko jej mało, "a...laczego"? - trzeba zapytać
Warszawskiego magistratu.

Obie te sprawy nie mogą być oddzielnie traktowane,
Bo są nierozłączne i życiem usankcjonowane.
Stary zwyczaj nakazuje,
Że ryba, a także i śledź najlepiej w płynie się czuje.
Inaczej obraza będzie taka,
Że może zwalić z nóg największego chojraka.
A kiedy człowieku ujrzysz groch, kaszke, fasole
W workach, woreczkach w stu gatunkach rozłożonych na stole,
I wiszące na metry grzybki suszone,
Nie wierzysz oczom, ileż tego tu nagromadzone!
Brać i wybierać, ceny ruchome.
Rano wysokie, po południu obniżone.
Jeśli tylko przez trzy dni deszcz nie pada,
Wszystko idzie w górę, cebulka, sałatka, nawet oranżada.
Okazja cenę kształtuje,
Oranżadę też z owoców się produkuje.
Klient nasz pan i panem się czuje,
Zapłaci słono, ale się potarguje,
Dla obopólnej przyjemności,
Bo tu jest warszawski bazar, proszę wschodnich i zachodnich gości!

 

Za chwilę ktoś zegarek proponuje kolorowy z datami
Prawie z wodotryskiem i innymi cudami.
Bony, bony słychać głos przyciszony.
Dolary z zerem dopisane, och co za waszyngtony!

Powróżyć, powróżyć. Kto cię kocha, kto nie.
Dawaj stówę. Powiem wszystko i dobrze i źle.
Ciekawi przyszłości z napięciem słuchają,
A wróżki wprawnie karty rozkładają,
Przyszłość jasną przepowiadają,
Tym lepszą, im więcej forsy dostają.

Wprost boli główka
Przyzwyczajonego do życia chłopaka z Targówka.
Nawet i tych z Czerniakowa i z Woli,
Główka też boli,
Choć pamiętają jak na Kercelaku bywało,
Kiedy zamiast kanarka, farbowanego wróbla się sprzedawało.
A że nie śpiewał? Nie może,
Bo jakby pana "zamkli" w klatce, to byś pan śpiewał nieboże?
Były też samograje ręcznie nakręcane,
Na których szły tanga upojne, walce i takie melodie bardziej szemrane.

x x x

Niech więc wszystko tak zostanie jak jest,
Warszawo Ty masz gest.
Bazar niech nam dalej służy,
Bawi, zaopatruje, oby jak najdłużej,
Bo w nim tyle Warszawy zostało,
Że chciało by się to wszystko zatrzymać tak, jak dawniej bywało.

Tadeusz S.

Warszawa, 29 kwietnia 1987

 
 

 

 

zaru RU ţ